Zasiadłem na chwilę na kanapie przed telewizorem, aby naświetlić sobie kolano, które zaczęło odmawiać mi posłuszeństwa, co objawia się dosyć intensywnym bólem. Do specjalisty na razie się nie wybieram, bo wiem, że i tak przyjdzie mi czekać co najmniej 2 miesiące, gdybym zechciał leczyć je prywatnie. Mając więc chwile czasu włączyłem kanał TVN 24, aby czas sobie jakoś zapełnić, bo naświetlenie to, co najmniej, jakieś 15 minut.

Dzięki temu miałem okazję obejrzeć fragment rozmowy redaktora Piaseckiego z pisowskim wiceministrem sprawiedliwości, niejakim Wójcikiem, który ponoć jest prawnikiem z wykształcenia. Piszę „ponoć”, bo ilość bredni, jakie ten facecik w ciągu 2 minut naopowiadał, może powalić z nóg nawet najbardziej odpornego na pisowską bezgraniczną głupotę.

Otóż usłyszałem – zresztą nie pierwszy już raz – że sądy wielokrotnie wydają głupie wyroki, więc ONI nie będą ich respektować, tak samo jakby nie respektowali tak zwanych „orzeczeń nieistniejących”, czyli po prostu pustych kartek. Daję słowo, że ten facecik tak powiedział i powiedział to z jak najbardziej poważną miną. A na dodatek jeszcze to Piaseckiemu tłumaczyć chciał, ale ten przytomnie do tego nie dopuścił.

Chodziło oczywiście o prawomocny wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego, którym sąd ten nakazał kancelarii sejmu opublikowanie list poparcia udzielonych poszczególnym kandydatom na członków Krajowej Rady Sądownictwa. Pisiory boją się tego nadzwyczajnie, albowiem prawdopodobnie ujawniło by to skandaliczne oszustwa popełnione w resorcie – przepraszam za wyrażenie – wymiaru sprawiedliwości. Dlatego też w sposób niesamowicie bezczelny robią ludziom wodę z mózgu za pomocą bredni głoszonych m.in. przez takie coś jak rzeczony rozmówca Piaseckiego.

W normalnym praworządnym państwie taki bryndziarz z miejsca by z roboty na zbity pysk został wyrzucony, a jego jakakolwiek kariera polityczna na wieki zostałaby pogrzebana.

Ale w tym pisowskim grajdole nic mu nie może zaszkodzić, bo bezczelność ludzi z tej partii jest już tak wielka, że nawet nie mają zahamowań w sejmie. Widać to było ostatni na posiedzeniu komisji sejmowej mającej zaopiniować wniosek kumpla gangsterów, stojącego na czele NIK, który wymyślił cyniczny, ale ordynarnie łamiący Konstytucję RP, myk z usunięciem urzędujących trzech wiceprezesów NIK i na ich miejsce wrzucenie jakiejś damulki, znanej z tego, ze się kumpluje z Martą Kaczyńską, która zdaniem jej wujka prezesa Jarosława, nawet nie jest polską rodziną, bo rzem ze swoimi dziećmi jej nie tworzy.

Przewodniczący tej komisji poseł Szarama, na oczach prawie całej Polski – bo posiedzenie transmitowała TVN24 – pokazał, gdzie rządząca większość ma i Konstytucję i Regulamin Sejmu. Bo kiedy się okazało, że propozycja odwołania pierwszego wiceprezesa NIK nie zdobyła większości, czyli nie przeszła, tenże Szarama ogłosił przerwę, aby umożliwić przybycie pisowskich posiłków i przegłosowaną już uchwałę, poddał bezprawnie raz jeszcze pod głosowanie, którego wynik był już oczywisty. Bolszewia w czystym wydaniu, która nas czeka, jeżeli pisiory władzę utrzymają.

Napisz komentarz (6 Komentarzy)

 Nie będę tłumaczył na czym dokładnie polega liczenie głosów w systemie D'Hondta, bo jest to dosyć skomplikowane, że sam mam problem z jego ogarnięciem, wystarczy więc, że przypomnę, iż promuje on silniejszych. W przypadku Senatu sprawa jest prosta, każdy kandydat pracuje na siebie i wygrywa ten, który uzyska najwięcej głosów. Do sejmu natomiast wchodzą ci, którzy uzyskają największe poparcie, ale pod warunkiem, że suma oddanych na ich komitet wyborczy głosów przekroczy 5 % w skali kraju. Tak więc liczy się każdy głos, więc warto głosować. Niegdyś głosujący w tym systemie miał jakieś gwarancje, że tzw. jedynka na liście to najlepszy z najlepszych w danym okręgu wyborczym. Dziś niestety tak już nie jest, ponieważ zbyt często kandydat z tym numerem - tak jak za czasów PRL - to nie znany i lubiany "swojak" dający gwarancję politycznej rzetelności i społecznej wrażliwości, lecz przywieziony w teczce tzw. aktywista, który w miejscu swojego zamieszkania nie miałby większych szans. Rzuca się więc takich w teren pod fałszywym hasłem, że oni i tak w sejmie reprezentują interesy wszystkich Polaków. Guzik prawda, bo gdyby tak było, to na listy wyborcze w każdym okręgu można by wpisywać np. cały warszawski aktyw z centrali partii i po kłopocie. Dlatego na listy wpisuje się tych miejscowych, którzy w rzeczywistości mają być tylko końmi pociągowymi dla tych ważnych z pierwszej i drugiej pozycji.

Niekiedy świadomość tego, że na jedynce lub dwójce znajduje się spadochroniarz, tak wyborcę zniechęca, że zbulwersowany tym w ogóle zrezygnuje z udziału w głosowaniu, albo z przekory głos swój oddaje na kogoś z innej listy, wierząc, że akurat ten ktoś jest o niebo lepszy. Jest to postępowanie po prostu głupie i szkodliwe, bo wystarczy ominąć na listach „zrzucone na spadochronach” jedynki i niekiedy dwójki, które na 100% są efektem układów i zakulisowych rozgrywek, a często nie zawsze przejrzystych kompromisów. Jeżeli więc do tych jedynek i dwójek nie macie zaufania, to głosujcie na tych znanych sobie, ale umieszczonych na dalszych pozycjach. Może warto nawet, aby zagwarantować odpowiednią liczbę głosów dla ugrupowania (pamiętajcie o 5 %), głosować na ostatniego na liście, by dać mu największe szanse wygranej. Może wtedy sejm przestanie być politycznym kabaretem i miejscem dla zarabiania niezłej kasy. I chcę być dobrze zrozumianym. Ten mój apel kieruję do wyborców wszystkich politycznych opcji, a nie tylko do tych, którzy są bliscy moim politycznym przekonaniom i wyborom.

* * * 

Oglądam relacje z manifestacji hutników z Częstochowy, którym zdaje się, że są w stanie odwrócić nimi bieg historii. Huta ta wprawdzie została wybudowana przed wojną, ale po wojnie znacznie rozbudowana i unowocześniona została na mocy decyzji KC PZPR przede wszystkim po to, aby tysiącom ludzie stworzyć miejsca pracy, a więc dać im możliwość godnego życia. Ale kiedy przyszedł czas NSZZ „Solidarność” i rządów jego wybrańców sterowanych przez międzynarodowy kapitał, czyli Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, ją ( jedną z najnowocześniejszych w Europie hut stali i walcowni) sprzedano za grosze ukraińskiemu kapitaliście. Wówczas związkowcy z „Solidarności” piali wprost z zachwytu (co doskonale pamiętam), wierząc w to, że kapitalista kieruje się jedynie dobrem robotników, dla których gotowy jest – w odróżnieniu od władz PRL – nieba przychylić i sam jeść kawałek suchego chleba, aby tylko częstochowscy (i nie tylko) hutnicy mieli gdzie pracować i zarabiać pieniądze.

Manifestujcie drodzy hutnicy do woli, ale bez złośliwości przypomnę wam, że w kapitalizmie, o który w czasach PRL modliliście się w kościołach i podczas nieustających strajków, nie wasz, a kapitalisty interes jest najważniejszy.

* * *

Cieszą się zapewne niesamowicie polscy górnicy, że siły porządkowe (w tym antyterroryści) na zlecenie władz (a kto rządzi wiadomo), używając przemocy i broni maszynowej, odblokowali w Porcie Północnym w Gdańsku (przypomnę, że wybudowanym na mocy decyzji I sekretarza KC PZPR, Ślązaka z dziada pradziada, tow. Edwarda Gierka) wielki kontenerowiec wwożący z Afryki do kraju setki tysięcy ton węgla. Prawdopodobnie w ramach obietnicy składanej na Górnym Śląsku przez premiera kłamczuszka, że kolejny rząd PiS tym razem naprawdę zadba o to, aby polskie kopalnie wydobywały coraz więcej węgla, by polscy górnicy mogli utrzymać swe miejsca pracy i zarabiać na utrzymanie swych rodzin.

* * *

 Zdumiała mnie usłyszana dziś (10.09.br) wypowiedź minister Emilianowicz, że tak głośno trąbiona od kilku dni obietnica o 4 tys. zł minimalnego wynagrodzenia, nie była w ogóle z nią konsultowana, bo gdyby była, to zgłosiłaby do niej swe istotne zastrzeżenia. A w ogóle to nie wróży jej długiego żywota, co sformułowała ciut inaczej, ale taki był sens jej wypowiedzi. Niestety, ja pamiętam nie tylko to, co kiedyś wieszczył niejaki Kurski, że ciemny lud wszystko kupi, ale też i o tym, o czym przy konsumpcji ośmiorniczek w restauracji „Sowa i Przyjaciele” gaworzył niegdyś dzisiejszy premier kłamczuszek, że Polacy są tak głupi, iż uwierzą w każdą opowiedzianą im bzdurę. Przypomnę, że chodziło o tę reklamę JEGO banku z Chuckiem Norrisem w roli głównej. Wierzcie dalej, drodzy prezesowi wyborcy PiS.

* * *

 Straszne rzeczy o polskie prawdziwej rodzinie i nihilizmie istniejącym poza Kościołem Katolickim, opowiadał ostatnio na wiecu w Lublinie prezes Jarosław. Sam wprawdzie żadnej rodziny nie tworzy, bo starym kawalerem jest, ale wie co mówi, bo ma osobiste doświadczenie. Wyrzucił więc poza nawias „prawdziwej polskiej rodziny miliony Polek i Palaków, którzy z różnych, ale zawsze z istotnych powodów, samotnie wychowują swe dzieci lub wnuczęta. Straszne, ale usłyszałem, że w normie tej „prawdziwej polskiej rodziny” nie mieści się również bratanica prezesa, która mężów zmienia jak rękawiczki, przez co swym dzieciom (nie zawsze z tzw. prawego łoża) zapewnia - wg poglądów prezesa - komfort patologicznej rodziny. Rodziny nie tworzą również kuzyni i kuzynki prezesa żyjący ze swymi partnerami na tzw. kocią łapę, jak np. patologiczny – wg prezesa – związek jego kuzynki z austriackim milionerem, którego chyba z tego powodu wydymał na kilka milionów. Dotyczy to też członków jego partii, a zwłaszcza liczonych na pęczki jej prominentnych działaczy i lokalnych wodzów.

A co do nihilistów, czyli wyznawców innych religii, agnostyków i ateistów? No cóż, pozostaje mi tylko apelować, aby pamiętali, że dla prezesa, a więc i całego PiS, są jedynie zwykłą nihilistyczną mierzwą. Apelować, aby wiedząc o tym, mocno się zastanowili stojąc nad urną wyborczą.

Napisz komentarz (6 Komentarzy)

 Jeżeli ktoś ma dotarcie do Schetyny, to niech mu powie, aby przestali kłapać dziobami w sprawie odwołania bądź zawieszenia Ziobry. Żądając tego, nawet nie zdają sobie sprawy, jak wielki oręż wkładają w ręce Wodza, który spełniając to żądanie, zastosuje manewr wykorzystany przy usunięciu marszałka Kuchcińskiego. Otóż zawoła Zbynia do siebie i powie mu, że musi się na jakiś czas - dla dobra Wodza - usunąć. Następnie zrobią konferencję prasową, na której Zbynio złoży rezygnację, podkreślając, że wprawdzie żadnego prawa nie złamał, ale vox populi vox dei i takie tam ble ble ble. Wódz również ogłosi coś podobnego i doda, że PiS i Zbynio walczą o demokratyczne standardy, i że Zbynio jako człowiek honoru ustępuje, aby niezależna prokuratura zbadała stawiane publicznie zarzuty. Postąpi tak, bo oni PiS tak mają.

Lud zachwycony zawyje z radości i pisiorom znów skoczy w sondażach, ale przecież prokuratorzy nadal podlegać będą prawej ręce Zbynia, czyli Święczkowskiemu, który krzywdy Zbyniowi i jego knechtom zrobić nie pozwoli.
Dajcie więc Zbyniowi spokój, niech zostanie na grzędzie i dalej się przed narodem tak jak Wódz ukrywa. Wołajcie o komisję sejmową, która będzie zdolna ciemne kulisy tej „bananowej republiki” odkryć i ukarać członków tej zorganizowanej w Ministerstwie Sprawiedliwości grupy przestępczej.

Zastanawiam się kogo w Polsce jest więcej. Ludzi myślących, mądrych i uczciwych, czy tej mało rozumnej masy, którą Wódz za nie swoje pieniądze kupił i mami ich dalszymi ochłapami.

Napisz komentarz (1 Komentarz)

 Ponieważ miałem nadzieję, że w programie „Śniadanie w Polsat News” (w każdą niedzielę godz. 09.00 |TV Polsat News) wystąpi ktoś z kierownictwa SLD, zasiadłem z kuflem schłodzonego jabłkowego kompotu, aby usłyszeć jakieś wyjaśnienie, dlaczego Zarząd Krajowy SLD nie wystawił Moniki Jaruzelski jako kandydatki na senatora z okręgu warszawskiego. Niestety w studio był Krzysztof Gawkowski z „Wiosny”, więc nawet gdyby takie pytanie padło, nie byłby on władny na nie odpowiedzieć.

Jestem straszliwie zawiedziony Włodzimierzem Czarzastym, że do czegoś takiego w SLD doszło, zwłaszcza w przypadku osoby, która w ubiegłorocznych wyborach samorządowych zdobyła, jako jedyna kandydatka komitetu SLD-Lewica Razem, mandat radnej m.st. Warszawy, zdobywając 8494 głosów.

Zawiodłem się, bo okazało się, że w SLD ważniejsze są jakieś personalne gierki, a nie dobro samej partii i dobro Polaków, którzy tę partię (tak jak ja) jeszcze popierają i popierać będą chociażby tylko z tego tylko powodu, aby uniemożliwić PiS ponowne zdobycie władzy. Mam nadzieję, że Monika Jaruzelska pokona wszystkie piętrzące się przed nią przeszkody i zdobędzie mandat senatora, pokazując władzom SLD, że lewicowość to niekoniecznie członkostwo tej partii, ale też, że odwracanie się plecami do znaczących ludzi lewicy, partii tej chluby nie przynosi.

* * *

Już miałem wyłączyć telewizor, kiedy rozpoczęła się dyskusja o tym co mówili hierarchowie polskiego kościoła katolickiego, a konkretnie Jędraszewski i Dec w sprawie jakiejś ideologii LGBT. Piszę „jakiejś” dlatego, że nie ma żadnej ideologi tego rodzaju, ponieważ określenie LGBT to skrót określający środowisko gejów, lesbijek, biseksualistów i transseksualistów, czyli ludzi, którzy z jakichś powodów (najczęściej niezależnych od nich samych) odbiegają od biologicznej normy seksualności wyznaczonej przez ewolucję. Tak jak nie ma ideologii heteroseksualnej, tak samo nie ma ideologii homoseksualnej. Natomiast istnieją ideologie społeczne, polityczne i religijne, bo według Encyklopedii Państwowego Wydawnictwa Naukowego ideologia to zbiór poglądów służących do całościowego interpretowania i przekształcania świata.

Środowisko LGBT nie demonstruje niczego innego, jak pragnienie uznania ich praw obywatelskich na równi z prawami wszystkich innych ludzi, ale przede wszystkim zagwarantowania im ochrony przed nienawiścią i dyskryminacją, a także zapewnienia im fizycznego i psychicznego bezpieczeństwa.

W programie na ten temat w pewnym momencie Krzysztof Gawkowski użył określenia, że demonstrujący w Białymstoku i Płocku, byli za normalnością, co z miejsca wykorzystał Kamil Bortniczuk (prawnik, członek fotelowej partyjki „Porozumienie” koalicjanta PiS, poseł), który „mądrze” zagadał o odwróceniu narracji. Według niego, jakiś czas temu marsze czy parady środowisk homoseksualnych, ich przeciwnicy nazywali marszami nienormalności i wówczas przedstawiciele Kościoła ponoć (ponoć - bo ja tego nie słyszałem) nawoływali, aby tym mianem nie określać tych ludzi, bo wszyscy oni to również dzieci Boga. I teraz – wg Bortniczuka - opozycja dokonuje odwrócenia narracji, bo mówiąc, że maszerujący chcą normalności, tym samym tych, którzy z nimi nie idą, uważa za nienormalnych, przez co ich obraża i stosuje mowę nienawiści.

* * *

Niestety nie doczekał się Bortniczuk jakiejś celnej riposty, przez co utwierdził we mnie przekonanie, że politycy biorący udział w takich programach nie potrafią przeprowadzić błyskawicznej analizy i wskazać na totalny brak logiki prezentowanej publicznie argumentacji. Bo ja temu Bortniczukowi odpowiedziałbym mniej więcej tak: jeżeli uznaje, że prawa obywatelskie są wartością niepodlegającą dyskusji, jeżeli uważa, że równość, wolność, tolerancja to nieodłączne atrybuty systemu demokratycznego, to czy nie są one czymś normalnym? A jeżeli tak, to wszyscy ci, którzy przeciw temu występują (brutalnie i po chamsku, z prymitywną nienawiścią w słowach i czynach), są właśnie nienormalni, bo inni od tych, którzy normalność niosą na sztandarach i chcą, aby dotyczyła ona wszystkich bez wyjątku ludzi. Czy te hasła są wyrazem jakiejś ideologii LGBT?

Nikt jednak tak temu Bortniczukowi nie odpowiedział, przez co zadowoloną - z powodu „dowalenia” Gawkowskiemu – minę prezentował do końca programu.

* * *

Również ciekawy był wątek, który rozpoczęła posłanka Izabela Leszczyna z PO, mieszkanka Częstochowy. Zareagowała ona na słowa Bortniczuka lub Jarosława Selina (sekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego), że niesiona w płockim marszu kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej z tęczową aureolą, jest obrazą uczuć religijnych Polaków. Na takie dictum przywołała – jako wierząca częstochowianka – fragment tak zwanych godzinek, którymi wierzący w tym mieście rozpoczynają każdy swój dzień. Godzinki, to nic innego jak paraliturgiczne modlitwy, których celem jest wstawiennictwo w jakieś ważnej dla wierzącego sprawie. Są wyrazem katolickiej pobożności i są całkowicie akceptowane i zalecane przez Kościół, a pochodzą jeszcze ze średniowiecznych czasów. Izabela Leszczyna zacytowała jeden fragment, wywołując kpiącą reakcje obydwu tych panów, zapewne prawdziwych katolików i szczerych Polaków Patriotów. Ja zacytuję dwa fragmenty takich godzinek.

Litania o Najświętszej Maryi Pannie Różańcowej:

„Święta Maryjo, tęczo przymierza, mająca

w sobie rozliczne kolory tajemnic Boskich w Różańcu świętym (...)

Tęczą Różaniec, różne kolory od słońca,

Ciebie bierze, niech w ustach mych nie będzie końca”

i

Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP:

„Witaj arko przymierza, tronie Salomona,

Tęczo wszechmocną ręką, z pięknych farb złożona.”

Dlaczego zatem tęczowa aureola wokół głowy Matki Boskiej miałaby obrażać ją samą, albo w ogóle jakiegoś katolika? Wytłumaczcie mi proszę, bo być może jestem zbyt głupi, aby tę katolicką logikę pojąć swym ateistycznym rozumem.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

  Aby dać odpór, podnoszącym coraz bezczelnie głowę naszym rodzimym faszystom, aby dać wyraz poparcie dla tych, którzy nie bojąc się faszystowskich hord wyszli na manifestację w Białymstoku, zebrało się nas niewielu – jak na 120 tysięczne miasto – bo na oko przyszło około 60 osób. Ale na szczęście większość stanowili młodzi i bardzo młodzi.

Po drugiej stronie ul. Broniewskiego (na rogu z ul. Główną) zebrała się również garstka prymitywów, która niewybrednym słownictwem dała wyraz swego poparcia bandytom z Białegostoku, którym – nie wiadomo dlaczego – wydaje się, że są wielkimi patriotami.

W pewnym momencie w naszą stronę poleciały dwie butelki. Jedna plastikowa a druga szklana. Na szczęście nikogo nie trafili, aczkolwiek mało brakowało, a w głowę oberwałby Henryk lub dwie młode dziewczyny stojące obok. Była to tzw. małpka, wcześniej poróżniona przez któregoś „bohaterów”, która z impetem przeleciała przez całą szerokość ulicy.

Podeszliśmy do jednego z policyjnych patroli, aby zgłosić ten incydent, ale okazało się, że policjanci zauważyli wyczyn tego „bohatera” i burasa zwinęli. W trakcie krótkiej z nimi rozmowy, jeden z nich zwrócił nam uwagę, abyśmy do „tego bydła” zanadto się nie zbliżali, aby go nie prowokować. Zgodziliśmy się z nim, aczkolwiek powiedziałem do Henryka, że mimo wszystko funkcjonariusz mimo woli obraził te sympatyczne i inteligentne stworzenia zaliczane do tego gatunku, przyrównując do nich to buractwo, wydzierające się w naszym kierunku.

Był jeszcze jeden protestujący, w osobie bardzo młodego chłopaka, siedzącego skromnie na ławce z własnoręcznie wykonanym plakacikiem o treści: Mam Dość Znieważania Symboli Narodowych Na marszach „równości”.

Chwilę z nim porozmawiałem i okazało się, że za obrazę uważa m.in. kolorową tęczę wokół głowy narysowanej na kartce postaci, mającej wyobrażać tzw. Madonnę Częstochowską. Chodzi więc o zrabowaną przed wiekami na Rusi Kijowskiej prawosławną ikonę, czyli obrazu o treści religijnej wykonany na desce. Kiedy spytałem się go, skąd wie, że Matkę Boską tęczowa aureola obraża, bo przecież jest Matką wszystkich i na pewno nie jest rasistką lub ksenofobką, nie bardzo wiedział jak odpowiedzieć, więc ograniczył się do ponownego stwierdzenia, że tęczowa aureola jest obraźliwa, bo to jest ikona, czyli święty obraz. Nie bardzo też umiał wytłumaczyć, czy widzi różnicę pomiędzy ikoną, jaka znajduje się w klasztorze na Jasnej Górze, a obrazkiem takiej ikony wykonanym przez kogoś, kto chce przez swój obrazek coś wyrazić. Kiedy spytałem, czy on do takiego obrazka, na którym narysowana była postać zbliżona do tej ze wspomnianej ikony, też będzie się modlił, zauważyłem rozpacz wynikającą ze zbyt skomplikowanej treści tematu, więc dałem spokój.

Mimo wszystko szanuje tego młodzieńca, który w milczącym proteście samotnie siedział na ławce, bo przynajmniej można było z nim porozmawiać, w odróżnieniu od troglodytów z drugiej strony ulicy.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (1a.jpg)1a.jpg
Pobierz plik (2.jpg)2.jpg
Pobierz plik (3.jpg)3.jpg
Pobierz plik (4.png)4.png
Pobierz plik (5.png)5.png
Pobierz plik (6.png)6.png
Napisz komentarz (20 Komentarzy)

 Coraz trudniej jest mi wysiedzieć w niedzielne poranki przed telewizorem, aby obejrzeć do końca polityczne audycje Polsatu News (Śniadanie w Polsacie i Cztery strony Prasy) i TVN24 (Kawa na ławę i Loża prasowa), albowiem ilość różnego rodzaju politycznych bredni wygłaszanych przez niektórych polityków i dziennikarzy, po prostu powala na podłogę.

Na przykład jedna z dziennikarek opowiada brednie, że w zasadzie nie ma czym się przejmować, jeżeli chodzi o „wyrok” (tak zwanego) Trybunału Konstytucyjnego w sprawie odmowy wydrukowania jakiegoś plakatu, bo jakiś czas upłynie i wszyscy o tym zapomną. I nie przychodzi do jej ślicznej blond główki, że tu nie tyle o tego drukarza chodzi, lecz o to, że z kodeksu wykroczeń został usunięty przepis, który gwarantował, że usługodawca nie będzie wybierał komu usługę wyświadczy, a komu nie.

Rozmawiając niedawno na ten temat z jednym z moich kolegów, który prowadzi działalność usługową, dowiedziałem się od niego, że w pierwszej chwili miał zamiar nad drzwiach wejściowych do firmy wywiesić duże ogłoszenie, aby pisiory szukały usług gdzie indziej, ponieważ on z uwagi na swój światopogląd ich nie trawi. Wstrzymuje się od tego tylko z tego powodu, że zdaje sobie sprawę, iż pisiory z miejsca naślą na niego kontrolę skarbową, a ta nawet jak nic nie znajdzie, to mu tak życie umili, że straty będę zbyt duże, aby ryzykować je z uwagi na tych politycznych durniów i oszołomów w jednym.

No cóż, rozum musi ustąpić przed emocjami.

Inny polityk opowiada brednie, że jego partia nie wejdzie w dużą koalicję złożoną z Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej, SLD i Wiosny, ponieważ konserwatywny i związany z Kościołem wyborca na taka koalicję nie zagłosuje, przez co przyczyni się do zwycięstwa PiS. I nie przyjdzie takiemu „mędrkowi” do jego politycznej wielce głowiny, że jacykolwiek wyborcy nie głosują na jakieś koalicje (czy partie) tylko na konkretnych ludzi, którzy na listach wystawionych przez te koalicje się znajdują. Jeżeli na liście koalicyjnej tzw. antypisowskiej demokratycznej opozycji znajdzie się kandydat partii, której jest światopoglądowo bliski, to na niego właśnie zagłosuję, tak samo jakbym zagłosował na niego, gdyby ta partia szła do wyborów samodzielnie.

Różnica polega na tym, że startując z listy koalicyjnej, taki kandydat ma większe szanse na skuteczny wybór, niż gdyby startował z partii, której procentowe poparcie mieści się w okolicy wymaganego przez ustawę progu. A nawet, jeżeli jego partia ten próg minimalnie przekroczy, to i tak z uwagi na obowiązująca ordynację wyborczą, sporą pulę mandatów poselskich zgarną ci najwięksi, a jego ugrupowanie będzie się musiało zadowolić ochłapami.

Przyłączenie się do wielkiego politycznego gracza, któremu zależy na wygraniu i uniemożliwieniu pisiorom zdobycie większości parlamentarnej (a nie daj boże konstytucyjnej), nie jest jednoznaczne z tym, że kandydaci wybrani z partii wchodzących do koalicji, nie będą mogli utworzyć klubów lub kół poselskich. A mandaty w swoich okręgach (na poszczególnych listach) uzyskają ci, którzy w kampanii wyborczej będą w stanie zebrać poparcie jak największej ilości wyborców. Tak więc do roboty, bez niepotrzebnego smędzenia i robienia ludziom siana z mózgów.

Napisz komentarz (7 Komentarzy)